Wyprawa pociągiem do Susza, czyli jak „japonka” nas pokonała
Przyszła dziś pora na opowieść związaną z miastem Susz. Z miastem tym wiąże się kilka naszych ciekawych historii, ale ta jedna, z rybami i niesamowitą podróżą w tle, na długo zapadła w pamięć.
Było to ze 40 lat temu i wszystko zaczęło się w pracy. Jeden z kolegów opowiadał z wielkim entuzjazmem, że na mało znanym jeziorku w Suszu „japonka” bierze jak szalona.
– Warto się wybrać, połowimy! – zachęcał.
Jak powiedział, tak zrobiliśmy. W najbliższą wolną sobotę stawiliśmy się na stacji bardzo wcześnie rano.
Nasz pociąg miał planowo dotrzeć do Susza między czwartą a piątą rano. Wzięliśmy wędki, zaopatrzyliśmy się w solidny zapas robaków, zrobiliśmy też ciasto. Jednak już na peronie zrobiło się trochę dziwnie. Do porannego pociągu wsiadło zaskakująco wielu mężczyzn... i wszyscy z wędkami!
Początkowo myśleliśmy sobie: – E tam, pewnie nie jadą do Susza. Może dalej, na Jeziorak do Iławy, albo wysiądą gdzieś po drodze – na jeziorze Dąbrówka czy w Prabutach.
Kiedy jednak pociąg zatrzymał się w Suszu, wszystko stało się jasne.
Kiedy jednak pociąg zatrzymał się w Suszu, wszystko stało się jasne.
Była jeszcze szarówka. Otwierają się drzwi wagonu, a z pociągu wysiada... cały szpaler mężczyzn z wędkami! Wszyscy ruszyli w dokładnie tym samym kierunku – nad to nasze „mało znane” jezioro.
Widok był niesamowity. Wąska ścieżka prowadząca nad wodę była zatłoczona jak ulica Marszałkowska w Warszawie w godzinach szczytu! A przecież byliśmy tam po raz pierwszy i nie znaliśmy jeszcze okolicy. Szliśmy z tym ludzkim prądem, czując się trochę jak w nierealnym świecie.
Gdy w końcu dotarliśmy nad brzeg, okazało się, że wszystkie miejscówki są już szczelnie zajęte. Nie było gdzie wetknąć wędki – człowiek siedział na człowieku, każdy pilnował swojego kawałka wody i łowił te upragnione japonki.
Nie poddawaliśmy się tak łatwo, w końcu praktycznie nie przespaliśmy nocy aby połowić😁. Szliśmy wzdłuż brzegu coraz dalej i dalej, aż w końcu trafiliśmy na jakiś stary, opuszczony pomost. Niestety, był w tak opłakanym stanie, że strach było na nim postawić stopę.
Bez porządnego sprzętu – takiego jak wodery, których niestety nie mieliśmy ze sobą – nie było szans, żeby cokolwiek zdziałać. Nasze wielkie wędkowanie skończyło się zanim się na dobre zaczęło.



Komentarze
Prześlij komentarz